Kolejny łyk chłodnej już herbaty nie zdołał pobudzić
dziewczyny do działania, nie dał jej również zastrzyku weny twórczej.
Przerzuciła na drugie ramię ciemne pasmo lśniących włosów, splecione w
jednocześnie schludnego i niedbałego kłosa i krytycznie spojrzała na płótno, z
którego ironicznie przyglądała się jej twarz kobiety o za dużych i zbyt
niebieskich oczach, której policzki były zbyt różowe, a usta zbyt uśmiechnięte.
Westchnęła i zgarbiła się. To miało być
TO dzieło, jęknęła w duchu usiłując poprawić w jakiś sposób swój obraz. Nie
mogąc nic już zrobić, udała się do swojej malutkiej łazienki o ścianach
wykładanych deskami w cieplejszym odcieniu błękitu, mających przywodzić na myśl
powierzchnię morza w ciepły, słoneczny dzień. Stanęła przy porcelanowej
umywalce, nad którą wisiało sporych rozmiarów kwadratowe lustro i spojrzała w
swoje odbicie. Twarz dziewczyny oświetlało częściowo światło lamp ulicznych,
tworząc na niej niesamowite cienie. Na bladych policzkach miała różnokolorowe
smugi farb, a pod błękitnymi oczami miała ledwo widoczne cienie. Uśmiechnęła
się lekko i wodą zmazała plamy farb z dłoni i twarzy. Czysta wyszła z
pomieszczenia i sięgnęła po znoszony, neonowo zielony plecak. Rozejrzała się
spokojnie po pokoju wypełnionym przyciemnionym światłem lampki nocnej z białym
ażurowym abażurem, rzucający dziwne cienie na pomarańczowe ściany, na których
na każdej wolnej przestrzeni wisiał obraz – portret, krajobraz, martwa natura,
architektura, zwierzę, a nawet tajemnicze wzory. Poprawiła leżący na łóżku o
metalowych, malowanych na biało ramach koc w aztecki haft i na palcach wyszła z
pokoju, nie chcąc zbudzić swojej matki.
Lekko zatrzasnęła za sobą drewniane, misternie zdobione
drzwi kamienicy, a szybki znajdujące się w nich zadrżały ostrzegawczo. Brama
miała już swoje lata, więc dziewczyna doskonale wiedziała, że może w każdej
chwili ulec zniszczeniu i jest delikatna niczym porcelana. Letni nocny wiatr
schłodził jej twarz, gdy szła środkiem wąskiej uliczki wzdłuż dwóch rzędów
kamienic, gdzie w nielicznych oknach wciąż migało światło telewizora. Lampy
uliczne rzucały ciepły, choć niezbyt jasny blask, tworząc wokół długie,
chwilami przerażające cienie.
Brad, którego tłusta ruda grzywka przysłaniała oczy,
kilkakrotnie zakręcił chudymi ramionami koła. Nienawidził miejsca, w którym
polecono mu sprzedawać narkotyki. Opuszczony, zdemolowany budynek mieszkalny, w
którym wciąż walały się zdewastowane meble i szkło ze stłuczonych szyb okien
tylko potęgowały jego strach, gdy sam ćpał. Chłopak usłyszał wyraźne kroki
dochodzące spod butów na grubej podeszwie dziewczyny zmierzającej w jego
stronę. Uśmiechnął się półgębkiem w jej stronę i gestem nakazał jej
przygotowanie pieniędzy, w czasie gdy on wyciągnął z kieszeni kilka kolorowych
papierków przypominających znaczki pocztowe z wizerunkiem różnorodnych postaci
z bajek Walta Disney’a.
- Kristen, nie jesteś za
młoda na kwasy? – zapytał patrząc się jak dziewczyna łapczywie chwyta narkotyk
i chowa do portfela.
- Mam siedemnaście lat,
Brad. Nie potrzebuję niani, żeby pilnowała mnie na każdym kroku – rzuciła ironicznie,
patrząc się na dealera z wyrzutem i wróciła do domu, chcąc w jak najszybszym
czasie przyjąć narkotyk.
Madeline z wyrzutem patrzyła się w oczy swojego syna.
Dłonie oparła o biodra, a na twarz przywdziała starannie wyćwiczony srogi wyraz
twarzy, który jej potomek doskonale znał i często widywał.
- Ash. Ash, Ash, Ash.
Cały czas się zastanawiam gdzie popełniłam błąd w twoim wychowaniu – ciepły odcień
błękitu oczu kobiety kontrastował z lodowatością jej spojrzenia. Dokładnie
takie samo dosięgło ją ze strony Asha. Chłopak był bowiem męską kopią matki i
jedyne co ich różniło to umięśniona sylwetka jej latorośli.
- Zapomniałaś mi
pokazać czym są czułość i miłość, matko – warknął i przeczesał palcami ciemne,
niemal czarne kosmyki włosów. Niewzruszona jego słowami zacisnęła usta w wąską
kreskę i rozsiadła się w salonowym fotelu w stylu ludwikowskim. Cały salon
pełen był wytwornych mebli, ozdób, dodatków i roślin. Brakowało w nim, zresztą
jak w całej rezydencji Cillirów, jedynie przytulności i ciepła.
- Może dlatego nie
wiesz czym są, bo zadajesz się z tymi… podludźmi, jak Logan i Joe – sama Madeline
nie starała się ugłaskać syna. Jej głos był równie morderczy co jego, a w
imiona przyjaciół chłopaka włożyła tyle jadu, ile tylko mogła – Powinieneś
uczyć się na księdza – rzuciła jeszcze, nim wstała z siedziska i powolnym,
pełnym gracji krokiem wymaszerowała z pokoju dziennego. Nie wiedząc co zrobić
ze wściekłością, która się w nim paliła, Ash uderzył z całej siły dłonią o
żółtą ścianę i zaklął głośno, gdy poczuł piekący ból.
- Nienawidzę cię, matko
– rzekł głośno i błyskawicznie opuścił salon, gasząc w nim światło.
*
Chyba nie wyszło najgorzej. W sumie jestem całkiem zadowolona z prologu i już szukam inspiracji na kolejne części. Mam nadzieję, że problem z dodaniem możliwości obserwowania bloga się rozwiąże, jak nie - trzeba będzie się bez tego obejść. A tak przy okazji witam Was serdecznie na moim blogu :)))
Przy okazji chętnie przyjmę kogoś do lekkiej korekty postów :D
-eternal

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli spodoba Ci się moje opowiadanie, a nawet jeśli nie - zostaw po sobie opinię. Każda jest dla mnie cenną radą jak pisać :)